23.02.2013

Jakże irytująca jest nadinterpretacja słów, dorabianie teorii, oczekiwań, których nie posiadam, snucie domysłów.
To miejsce chyba straciło swój pierwotny sens, przestało być moje i dla mnie, ale jak mawia pewien wilkołak: Mam na to wyjebane!, bo już mi nie zależy.

21.02.2013

„Absurdem jest żeśmy się urodzili, i absurdem, że umrzemy"



Sartre twierdził, że wzajemna miłość nie istnieje, wręcz nie ma prawa bytu, ponieważ w relacjach międzyludzkich istnieje jedynie uległość jednej strony i dominacja drugiej.
Myślę, że coś w tym jest. Uległość i dominacja. A jednak można przecież pokochać jednostkę dominującą. Można ulegać z uwielbieniem.

17.02.2013



Czasami kłamie sam sobie, a kłamstwo staje się formą obrony przed prawdą, bo prawda może zabić nadzieję, a tę jedną chce utrzymać przy życiu, choć jeszcze kilka miesięcy temu dusił ją gołymi rękoma i miotał w jej kierunku wymyślnymi przekleństwami, których nie powstydziłby się szewc czy marynarz. Kołysze sam siebie na falach wspomnień, których nigdy nie przeżył. Wymyśla sobie dzieciństwo pachnące drożdżowym ciastem i zbożową kawą z mlekiem, dom, w którym kiedyś zamieszka, rozmowy z bratem, który usiądzie z nim na werandzie i będzie opowiadał o żonie, której nie zdążył poznać i dzieciach, które się nigdy nie urodzą. Czasami wydaje mu się, że już nie pamięta jego głosu i strasznie się tego boi, bo to świadczy o tym, że kiedyś wszystko wyblaknie, a później zniknie nie pozostawiając po sobie śladu. Paradoksalnie umyka mu jedyne, co chciałby pamiętać, a cała reszta, którą chciałby wyprzeć czepia się ze zdwojoną siłą i szarpie. A może któregoś dnia jadąc tramwajem do pracy zorientuje się, że nic już nie ma znaczenia, że jest wyprany z uczuć i czysty jak źródlana woda. Wtedy będzie mógł stworzyć siebie od nowa

11.02.2013



Był pijany. Od nadmiaru zmieszanych trunków kręciło mu się w głowie. Wciąż czuł słodki, odurzający zapach dymu. Był spokojny, gdy przed nim pojawiła się znajoma twarz. Znajoma, a jednak tak inna od tej, którą pamiętał. Twarz mężczyzny, który się do niego zbliżał. Dystans niebezpiecznie malał. Oplotły go ramiona. Dłonie odgarnęły z twarzy włosy, a do ust wślizgnął się język. Język zimny jak martwa ryba. Próbował się odsunąć, ale nogi odmawiały posłuszeństwa. Chwiał się lekko i pewnie by upadł, gdyby on go nie trzymał. Odwrócił twarz. Na wargach i policzku czuł wilgotny ślad pocałunku. Miał ochotę zwymiotować, gdy język znów wypełnił mu usta. Znów spróbował się odsunąć, ale niewiele to dało. Głośna muzyka wypełniała cały dom, wszystko huczało, a wewnątrz czuł drżenie. Emocje miał skutecznie wyciszone. Przecież po to tam uciekł, by się wyciszyć, by przetrwać najtrudniejszy moment.

Niepotrzebnie wybrał się w odwiedziny, które rozdrapały stare rany. Odwiedziny, na które tak się cieszył. Siedząc w  kuchni z kubkiem herbaty w dłoniach nie mógł się nadziwić, jak bardzo ostatni rok zmienił staruszkę siedzącą naprzeciw niego. Jak bardzo stała się krucha i nieobecna, jak bardzo się od niego oddaliła. Chciał się do niej przytulić i rozpłakać, tak jak w dzieciństwie poczuć bezpieczne ciepło jej ciała, zapach babci, do której zawsze mógł uciec jako chłopiec. Ale nie jest już tym małym chłopcem, któremu ocierała zapłakaną twarz ścierką i przykładała listki babki na poharatane kolana. Jest dorosły i zawiódł ją swoim życiem. Nie odwiedza matki, nie dał jej tak bardzo wyczekiwanych prawnuków, pokłócił się ze wszystkimi i uciekł nie oglądając się za siebie. Wersja jaką podano babci odbiegała od jego wersji. Powstał pomiędzy nimi mur, który skruszyć mogłaby prawda, ale ta mogłaby bardziej zaszkodzić babci, niż kłamstwa wkładane jej do głowy przez jego matkę. Wolał niczego nie tłumaczyć. Potwierdził swoje przypuszczenia, że nie ma szans na odzyskanie rodziny, że już nic dla nich nie znaczy, że jest jedynie złym, wstydliwym wspomnieniem. Wystarczy zaakceptować, że nie ma już nikogo, kto kochałby go bezwarunkowo, że nie ma już swojego miejsca na świecie, że wszędzie zawsze będzie obcy. Wystarczy to zaakceptować i jakoś będzie mógł przetrwać do końca.

W ustach czuł smak alkoholu. Na wargach zasychała obca ślina. Patrzył na niego i zastanawiał się czego on może od niego chcieć. Wiele lat temu byli dla siebie wszystkim, ale to się zmieniło. Chciał się do kogoś przytulić i usłyszeć zapewnienie, że za jakiś czas będzie lepiej, że da radę chodzić do pracy i będzie uśmiechał się do słońca, że nauczy się żyć sam. Ale nie było nikogo. Tylko ta zmaterializowana przed nim przeszłość. Natarczywe palce ślizgające się po ciele pod koszulką. Czuł obrzydzenie, a jednocześnie pragnął dotyku. Był na dobrze znanej ścieżce do ukarania samego siebie za wszystko, co w nim nieudane i złe. Chciał tylko zasnąć przy kimś, kto by go sobą otulił. Przez chwilę chciał poczuć się bezpiecznie. I już nigdy więcej się nie budzić.