29.06.2013

poczekalnia



Jak zwykle obudził się wcześnie. Chwilę leżał i zastanawiał się, czy może nie zrezygnować z wizyty, zostać w łóżku i dać sobie spokój ze wszystkim. Czuł, że to spotkanie niczego nie zmieni, i gdy tak myślał, serce waliło mu jak oszalałe, jakby chciało z niego uciec i zamieszkać w kimś innym, w kim mogłoby spokojnie sobie wygrywać jednostajną melodię. 

Opuścił bose stopy na drewnianą podłogę i spojrzał na swoje chude łydki. Śniło mu się ostatnio, że biegał w zwiewnej sukience po mieście i strasznie wstydził się, że pęcinki nie dość, że chude, to jeszcze nieogolone. Przypomniał sobie tę część snu dopiero w połowie dnia. Po przebudzeniu w głowie miał jedynie obraz pieczonych kurczaków, którymi rzucał do celu w wesołym miasteczku. Kawałkiem snu jak ciastem podzielił się z Brooke, bo lubi się z nią dzielić różnymi rzeczami. Uśmiechnął się do niej i poszedł zaparzyć kawę. 

Pusta skrzynka na listy. Czasami lubi wracać do tych starych, pełnych emocji i wzajemnego zainteresowania, które z biegiem czasu gdzieś przepadło, zostało wytłumione brakiem pytań i odpowiedzi. Ludzie odchodzą. Powinien się już tego nauczyć. Wypił pół kawy i powoli zaczął się ubierać. Nie spieszyło mu się, choć godzina przyjęć już wybiła. Założył szare dopasowane spodnie, żółtą bluzę z ulubionym bohaterem kreskówek i jasne trampki. Do płóciennej torby wrzucił Hrabala, pocałował Szczęście w łebek i wyszedł z mieszkania przekręcając klucz w zamku dwa razy. 

Na chodniku oślepiło go słońce. Minął kontenery na śmieci i trawnik, na którym dwa lata temu wczesną wiosną zakotwiczyło stado dzikich kaczek. Pamięta, jak nie mógł się na nie napatrzeć i nie miał komu powiedzieć jakie to było piękne, bo większość dawno temu przestała go słuchać. Nauczył się mówić do siebie, wewnątrz prowadzi długie monologi i już nie dziwi się, że inni mieli dosyć. Minął sklep, w którym obsługa przypomina członków rosyjskiej mafii, a z którą to ma na pieńku od dnia, w którym wspomniał o pleśniejących mandarynkach, które u nich kupił. Przeciął ulicę i wolno szedł znajomym szlakiem. Ulubiona ulica zwieńczona znienawidzonym miejscem. Stary budynek z szeregiem gabinetów i rzeszą nieszczęśliwych ludzi ustawionych w kolejkach po swoją dawkę kolorowych pigułek na życie. Obskurna poczekalnia, zakratowane okienko rejestracji i pomarańczowe plastikowe krzesełka, których wściekły odcień przynosi na myśl barwy odstraszające, jakby wrzeszczały do nas, wariatów – nie siadaj na mnie, upierdolę cię w dupę jeśli tylko spróbujesz! A wszystkie połączone ze sobą stalową listwą, jak syjamscy bracia, by nikomu przypadkiem nie przyszło do głowy ciskać nimi wściekle w rozpaczy po usłyszanej diagnozie. 

Miejsce to tak bardzo różni się od poprzedniej poczekalni, w której zwykł czekać na dziesięciominutowe spotkania po sto złotych. Tam na kanapach czekały z nim dystyngowane panie z dystyngowanymi problemami, lub mężczyźni w ciemnych garniturach i błyszczących butach, zestresowani problemami w pracy topiący niespełnienie w butelkach,  jeśli w ogóle ktoś z nim czekał, bo pacjenci umawiani byli na konkretne godziny, co 15 minut, tak by zachowana została dyskrecja i pożalsięboże prywatność. 

Tu wszyscy siedzą ściśnięci, ciało przy ciele. Starsza pani z reklamówką pełną śmieci pufa do niego, że jak można tak 40 minut w gabinecie, że ludzie przecież czekają, a on milczy jak zaklęty, jakby mu język upierdolili za karę, bo miał grzeszne myśli. Siedzi więc i myśli, że wejdzie tam i wszystko powie, ten ostatni raz, jak na spowiedzi, a później przyjmie świętą komunię tabletki i będzie ją przyjmował z pokorą do ostatecznego oczyszczenia duszy i ciała. I gdy przychodzi jego kolej, gdy wchodzi do gabinetu i opada na krzesło, pojawia się panika i szukając punktu zaczepienia, czegoś bezpiecznego, czego mógłby się chwycić, spogląda w prawo i widzi obraz przypominający abstrakcyjny ekspresjonizm Jacksona Pollock’a.  Jak się kurwa schować pomiędzy tymi kropkami? myśli i błądzi wzrokiem po płótnie, aż z myśli tych wyrywa go głos. Padają kolejne pytania, a on nic nie mówi, tylko kiwa głową na potwierdzenie lub zaprzeczenie, od czasu do czasu wypuszczając z siebie jakieś pourywane, pogryzione półsłówka, które misternie zebrane do kupy tworzą jego obraz, rzeczywistość, w której żyje. 

Proszę więcej tego nie robić, słyszy, gdy przychodzi czas na wyjaśnienie jego długiej nieobecności, musi pan zaakceptować to, że będzie na lekach do końca życia.

Słowa uderzają go z taką siłą, że czuje fizyczny ból w piersi i nie może oddychać. Chciałby uciec, ale jest przykuty do krzesła ciężarem własnej bezsilności, która się w nim rozlewa. Odkręca i zakręca małą butelkę wody, zafiksowuje się na tej czynności, wyłącza się zupełnie i dalej nie słucha, bo pierdoli takie życie, uzależnione od chemii, która zamienia go w zombie, w jebaną powłoczkę wyprutą z emocji i uczuć. Zgrania jednak z biurka recepty, których nie udaje mu się wykupić w 4 aptekach po  drodze do domu, bo tu to tylko ludzie zdrowi przychodzą, witaminy kupują, omega 3 i rutinoscorbin, tran ewentualnie, a nie takie rzeczy, tu mamy promocje na żel antybakteryjny i rozdajemy karty stałego klienta dla najzdrowszych, tych, którzy mają siłę stać w długich kolejkach po plastry z opatrunkiem. 

Wraca do mieszkania z poczuciem przegranej. Po jakimś czasie nawet wściekłość mija. Wszystko mija. Przestajesz cokolwiek czuć. Później przestaniesz zauważać, że nic nie czujesz.

26.06.2013

Reunion



Revisit a life we both left behind, nucił pod nosem siedząc z kieliszkiem wina w jednej dłoni i dymiącym papierosem w drugiej. Ciężko go ostatnio zastać bez kieliszka, butelki czy szklanki w pobliżu.  Dzień zaczął się źle. Zaraz po przebudzeniu usłyszał wichurę za oknem. Z nieba lały się strumienie wody, a drzewa, które wczoraj obserwował bez soczewek korekcyjnych i które zdawały się być przyjaznymi kreaturkami, dziś zamieniły się w rozszalałe kreatury, przez co perspektywa wyjścia z domu przerażała, więc wtulał głowę w puchatą poduszkę i nawet na kawę nie miał ochoty. Zapalił i leżał. Okulary opadały na rzęsy, a dym szczypał w oczy. W tej chwili na zawsze chciał zostać w swoim łóżku. Już nic nie robić. Niczym się nie przejmować. Spać.

Przewracał się z boku na bok, z boków na plecy, z pleców na brzuch, aż sturlał się z łóżka. Kawa, prysznic i ta ogromna niechęć do czegokolwiek, a najbardziej do bycia sobą i życia swoim życiem. Spojrzał w lustro, ale błyskawicznie odwrócił wzrok. Wyszedł w deszcz, początkowo delikatny, ale z chwili na chwilę przybierający na sile. W ciągu kilku minut był cały mokry. Woda ściekała z upiętego na czubku głowy kucyka i spływała po karku, wzdłuż kręgosłupa, wywołując przyjemne łaskotanie. 

Kładąc się wieczorem do łóżka roił sobie bajki w głowie. Wsiadając do tramwaju czuł się jakby wyroił sobie Wodnika Szuwarka. Do pracy dotarł w stanie wskazującym na zalanie się rzewnymi łzami lub na wyciągnięcie z głębokiej kałuży. To bez różnicy. Czuł się nad wyraz chujowo i adekwatnie do pogody. Oby nie spotkać Och Rene, pomyślał, zresztą, co mnie on obchodzi, dodał zaraz w głowie, za chwilę wyjedzie i co najwyżej pomacha mi żabą na pożegnanie, a kasztanowa grzywka będzie mu powiewała na wietrze dodając scenie lekkości. Namiętny romans, który miał ich połączyć zakończył się zanim zdążył się na dobre rozpocząć, a wszystko przez pawia, więc i żaba na koniec będzie na miejscu, no, ewentualnie ślimak, ale ten znowuż kojarzy się z niespełnionym romansem, więc wszystko o dupę potłuc i schować się w gabinecie pedagoga. Zresztą, ślimakiem machać, to niedorzeczne.

Dorotka z krainy Oz schronienia jednak u siebie nie udzieliła, a niemal za mokre łachy zaciągnęła jego, a on Pannę M do sali, w której na zmianę musieli opowiadać, opowiadać i opowiadać, aż im w ustach zaschło i później musieli pić kawę z brudnego automatu, aby te usta nawilżyć, nadać im pierwotny stan, a wcześniej jeszcze ich dłonie uścisnął mały blondyn z zadatkami na rasową cioteczkę, który paplał o podziwie wobec Panny M, a jego wzrokiem liżąc w podbródek i nie tylko, jakby już wczepiał się zębami w wargi, a chudymi łapkami za pośladki łapał, aż musiał się Mrówka za Panną M schować, bo bał się, że mu mokre ślady na twarzy zostaną i czerwone pręgi na dupie. 

Trochę zazdrościł temu szczeniakowi tych siedemnastu lat, a może szesnastu, a najbardziej to jednak błyszczących oczu i ciekawości życia, otwartości na każdą możliwość, nawet tę najbardziej niemożliwą. I przypomniał sobie swoje siedemnaście lat, właśnie to szalone siedemnaście, zakochane i pełne odkrywania, smakowania każdej chwili. I przypomniał też sobie, jak później to siedemnaście lat rozbija się o przyszłość, która wkracza niespodziewanie i z zaskoczenia, bo wtedy o niej nie myślał.

Siedzą na górce za bożym domkiem. Jest lato. Zachodzi słońce. O niczym nie rozmawiają. Piją wino wprost z zielonej butelki i są spokojni, bo nie ma przyszłości. Jest tylko górka za bożym domkiem. Jest tylko zachodzące słońce. Tylko smak wina i zielony kształt butelki, podawanej z ręki do ręki, z ust do ust. Jest tylko ta chwila. Jedna chwila, przez całe lato systematycznie powtarzana z uporem maniaka. Zmieniają się tylko pozycje. Siedzą ze skrzyżowanymi nogami. Leżą w wysokiej trawie. Fikają koziołki. Stają na rękach. Zapatrzeni w siebie. Zapatrzeni w zachodzące słońce. Wszystko pachnie świeżością. Wgryzają się w czas. Nie. To czas wgryza się w nich. Zupełnie jak obcy zwija się w kulkę w ich brzuchach i tkwi tam uśpiony przez lata, by czasami jednym nigdy nie zasypiającym okiem zerknąć na dziś, by wymruczeć kilka słów, które nie bolą. Wgryzają się w siebie. Z dziką rozkoszą smakują siedemnastoletnich ciał. Nie mówią o tym, co będzie, bo nic nie będzie, bo nie potrzebują przyszłości, skoro jest Teraz. Kto by myślał w takiej chwili o jutrze? Kto by myślał o jutrze mając siedemnaście lat? Jutro będzie tak samo. Będą Oni. Bo oni Wiedzą. Czują. Mają swoją tajemnicę. Mają Miłość i setki szyfrów, by móc ją wyrazić. Mają spojrzenia, które pieszczą i te, które gwałcą, gdy mijają się na korytarzach szkoły. 

Później ten jeden dzień, który wszystko zmienia. Nie od razu. Nie natychmiast. Patrzy i nie zdaję sobie sprawy z tego, jak bardzo ta chwila wpłynie na ich życie. 

Stoi przed domem. W objęciach trzyma karton. Obok szpadel. Dzień, w którym jego ojciec postanowił uczynić z niego Mężczyznę. Mężczyznę bez sentymentów, silnego pana i władcę życia i świata. A on mu uległ zaciskając zęby. Mógł wybrać jednego spośród kilku maleńkich kotów. Resztę musiał zakopać. Zakopać żywcem. Patrzył jak każdego z nich waży w dłoniach, jak przytula ich małe ciałka do twarzy, jak całuje maleńkie noski i jak po jego policzkach płyną łzy. Ich pierwsze wspólne łzy, których nigdy miało nie być. Nie był w stanie mu pomóc. Nie był w stanie przy nim być. Nie był w stanie zrozumieć, dlaczego się na to zgadza. Patrzył jak idzie do ogrodu i miał ochotę uciec, bo nagle odchodził człowiek, którego znał, odchodziła niewinność i wszystko to, w co wierzył. Został. Patrzył na jego klęskę. Na swoją klęskę. Tego nie można było z niego zmyć, scałować, zlizać. Taka mała plamka, która zaczęła się w nim rozrastać. Był silny.

Był silny na tyle, że złamał obietnice, jego, a nawet poszedł dalej i został mężem, ojcem i przykładnym katolikiem - pracuje, zdradza żonę z chłopcami i udaje, że życie na tym powinno polegać. Cała niewinność tamtych siedemnastu lat teraz jest nierealna, pokryta grubą warstwą czasu, który przeminął i zatarł kontury wspomnieniom. A myśli rozpływają się jak niesforne kijanki, machają ogonkami i zamieniają się miejscami, wyślizgują się, gdy chce je złapać...


24.06.2013

ale za to niedziela



Obudził się wcześnie. Słońce niemrawo rozjaśniało szarość, a jego ciało było spięte, jak zbyt mocno naciągnięta struna, gotowa lada moment pęknąć.  On też był gotów pęknąć, złamać siebie i swoje postanowienia. Nadszedł moment, w którym miał ochotę spełnić swoje zachcianki, tym samym całkowicie poddać się czyjejś woli. Wszystko, by na chwilę zapomnieć, przestać myśleć, przerwać, zatrzymać to wrzenie w głowie.

Pijąc kawę zastanawiał się, czy jest w stanie przespać się z kimś obcym. Czy zniesie na sobie czyjeś dłonie, ślinę, pot. Czy nie puści pawia, gdy w ustach pojawi się obce ciało. Zaciągając się drugim papierosem stwierdził, że jest mu to zupełnie obojętne, że wszystko mu jedno, bo chce właśnie tylko kontaktu z ciałem, tylko skóry i pod nią pracujących mięśni. Niczego więcej.

Na Błękitnej Linii 16 osób online. Łał, miasto biznesu i seksu to to nie jest, pomyślał i skupił się na przeglądaniu profili. Na początku zdyskwalifikował gówniarzy, bo jest już za stary, by z nimi sypiać. Później z przyczyn oczywistych pod nóż poszli pasywni, następnie uniwersalni, bo woli ludzi zdecydowanych, wiedzących czego chcą. Zostało 2 aktywów, przy czym jeden był „bardziej aktywny”, a drugi po prostu „aktywny”. 

Właśnie odpalał kolejnego papierosa, gdy coś zaświszczało. To „bardziej aktywny” zostawił mu ślad z pytaniem, czy ma szanse. Nigdy nie lubił tych dziwnych zaczepek i do dziś nie potrafi się nimi posługiwać, ale zerknął na profil i pomyślał, że w tym przypadku jedyną opcją byłaby maska, lub chociaż kominiarka. Pomyślał też, że mogłoby być to nawet podniecające, gdyby nie świadomość, że pod spodem ukrywa się gremlin i w każdej chwili może pokazać twarz, bo temperatura tego dnia nie sprzyja osłanianiu ciała czymkolwiek, tym bardziej tworzywami sztucznymi, nie przepuszczającymi powietrza. Nie, nie był aż tak zdesperowany. Dzień się dopiero budził do życia, więc dał sobie nadzieję, że wraz z nim obudzą się również ci mniej gremlinowaci. Nie chcąc psuć „bardziej aktywnemu” dnia, znalazł wykręt, który jednak okazał się strzałem w kolano, gdyż ten zapałał rządzą wiązania, besztania i granic przekraczania. Ups, bąknął pod nosem i postanowił zrobić pranie. 

Z godziny na godzinę nie było jednak lepiej, bo to albo brak „lokum” [słowo, które darzy szczerą nienawiścią!] u chętnego, a do siebie nie zamierzał nikogo wpuszczać, a to niekompatybilność w potrzebach, a to za daleko, a później propozycja seksu bez gumek, która wyprowadziła go z równowagi i odrzekł, że wolałby od razu w łeb sobie strzelić. Bo bez gumek to on się kochał tylko, gdy był w długoletnim związku i wiedział, że jest pierwszym i jedynym, do czasu oczywiście, bo nie dla każdego związek na odległość  to nadal związek i w pewnym momencie był już tylko pierwszym, ale nie jedynym, bo dwa tygodnie z fiutem w gaciach nie idzie przecież wytrzymać. 

A jeszcze później to już był Too drunk to fuck, za to włączyło mu się Let's dance little stranger, przy czym stranger nie był taki znowu stranger i wszystko poszło się jebać, bo znów przypomniał sobie ostatnią rozmowę i te trzy słowa na koniec, po których stracił grunt pod nogami i zapadł się w czymś miękkim i przyjemnym, ale jednocześnie powalająco duszącym.

20.06.2013

odkrywanie

samotność
moment, w którym odkrywasz, że mówić o sobie mogłeś jedynie w gabinecie psychoterapeuty.

17.06.2013

Let me out




Dziecko wymaga, by się nim zajmować, bez względu na to, jak się czujesz, zwłaszcza, gdy w jego bezpieczny świat wkrada się zagrożenie, które bezpieczeństwo burzy. Dziecko potrzebuje wtedy wzmożonej uwagi, koncentracji na sobie. Trzeba Dziecku wypełnić każdą chwilę od brzegu do brzegu, tak by nie miało czasu myśleć, tęsknić i płakać. Rower, las, lody, rolki, frytki, ogród zoobotaniczny, karty, bierki, farby, plac zabaw. Dziecko zatraca się w zabawie i zapomina. Ty pamiętasz cały czas i nie wiesz jakim cudem wytrzymujesz, jak to się dzieje, że uśmiechasz się do Dziecka i opowiadasz zabawne historyjki właśnie wtedy, gdy masz ochotę wyć.

Dwa dni wymiotowałeś, aż wreszcie myślałeś, że wyrzygałeś już wszystko i możesz to zapić, błogo urżnąć się do nieprzytomności i zasnąć na dwa kolejne dni. Ale nie. Tak się nie da w twojej bajce, bo ty nie żyjesz w żadnej pierdolonej bajce, tylko tu i teraz, a teraz, gdy jeden ból z siebie wypluwasz, to tylko po to, by zrobić miejsce na nowy, może trochę większy, ścinający z nóg automatycznie i na nogi jednocześnie stawiający w ciągu sekundy. I już na tych nogach chwiejnych biegniesz, a ból się w tobie rozpycha, mości sobie miejsce, zabiera powietrze, dusi, rozszarpuje od środka. 

Mijacie się w drzwiach, spoglądasz na nią, ale ona wychodzi i już tulisz Dziecko płaczące, to nim musisz się zająć, zaopiekować najlepiej jak tylko potrafisz. Głaszcząc po głowie do zaczarowanego lasu przenieść, łzy wytrzeć rękawem i powiedzieć coś, co Dziecko uspokoi, choć siebie nie uspokoisz w żaden sposób.

Później, gdy dziecko zasypia zmęczone i już spokojnie oddycha, wyplątujesz się z objęć małych ramion i w zaciszu łazienki wyrywa się z ciebie płacz, którego się boisz, bo myślisz, że nigdy się nie skończy, że będziesz tak płakał, aż ból rozsadzi twoją głowę, aż umrzesz wreszcie i przestaniesz czuć cokolwiek.

Drżą ci ręce, gdy zanurzasz je w zimnej wodzie, by umyć opuchniętą twarz. Będą tak pewnie drżały jeszcze długo. Czas się zatrzymał, takie masz wrażenie, ale to w tobie każda minuta rozciąga się w nieskończoność i wypełnia się wspomnieniami, a każde wspomnienie uwiera boleśnie; sam siebie obejmujesz, tulisz głowę do kolan i myślisz, że nic złego stać się nie może, że limit jest u was wyczerpany, a jeśli są jakieś bonusy, to ty je chętnie przyjmiesz na siebie, ale od reszty tych, których kochasz niech pech się odpierdoli.

Wszystko robisz automatycznie. Rano ścielisz łóżka, zmywasz, przygotowujesz śniadanie, kawa, herbata, dyskretny paw z kłębka nerwów, uśmiech dla zachowania pozorów i jakieś anegdotki z wczesnego dzieciństwa Dziecka. Sprzątanie po śniadaniu, nakłanianie do zębów umycia i cała reszta czynności, które wykonywane jak w półśnie pozwalają pokonywać kolejne minuty.

Patrzysz na Dziecko i przypominasz sobie, jak wiele czasu kiedyś z nim spędzałeś do momentu wielkiego wybuchu, który podzielił rodzinę na ich i ciebie, i wszelkie prawa zostały ci odebrane. Wyrwano z ciebie syna, brata, wujka, wnuka. Zostałeś odarty ze społecznych konstruktów. Został tylko pedał. I nagle ten pedał znów stał się potrzebny. W kryzysowej sytuacji nawet czarną owcą można zapchać jakąś dziurę; a może w takich sytuacjach rodziny sobie wybaczają, myślisz, stanowią dla siebie wsparcie, zaczynają od początku. Teoria nie sprawdza się w praktyce.

- Kocham cię, siostra – mówisz nieśmiało -  Może moglibyśmy…
- To nie ja do ciebie dzwoniłam. Dla mnie zawsze będziesz nikim.

Jej słowa powoli do ciebie docierały, rozlewały się wewnątrz i próbowały wydostać poza ciało, które nie było na takie słowa gotowe. Wołałbyś dostać w twarz, bo ból fizyczny rozchodziłby się po ciele jak kręgi na wodzie i jak one zniknąłby po jakimś czasie. O bólu fizycznym można zapomnieć, można się od niego odciąć zaciskając na nim zęby lub czerpać z niego przyjemność. Ból, który zadaje ci osoba, którą kochasz jest niezrozumiały, niedorzeczny; kiedyś myślałeś, że taki ból coś w tobie zabija, kawałek po kawałku, ale on niczego nie zabija, tylko rozszarpuje i zostaje, zwija się w kulkę, chowa w wygryzionym zakamarku i czeka.

Jesteś nikim, ale myślisz, że musisz być niezłym skurwysynem, skoro wzbudzasz w niej taką nienawiść.

10.06.2013

Statystyki X, czyli którędy droga do Mrowki

mam minę jak
myśli o mrówkach
liczba mrówek na świecie 2013
jak wygląda mrówka
się w takim ciepłym
pulmolki
mrówki uwielbiają
dancing queen pamiętam jak
sex krasnoludki

09.06.2013

Historie rodzinne I




Pamięć ma to do siebie, że lubi fałszować obrazy. Łagodzi je, wyrównuje kontury, lub w przypadku, gdy wspomnienia są nie do zniesienia, wymazuje je niczym dziecko pachnącą gumką myszką, by łatwiej było iść przez każdy kolejny dzień. Może dlatego nigdy nie lubił zdjęć, wolał obrazy. Zdjęcia ukazują rzeczywistość w pełnej krasie, bez względu na jej brzydotę, a rzeczywistość często bywa wrogiem nie do pokonania. Wygrać z nią można czasami jedynie popadając w szaleństwo, lub idąc jeszcze dalej, ale dalej idą tylko totalni pomyleńcy, tacy, którzy nawet ze swoim szaleństwem nie mogą odnaleźć komfortu chwili. 

Szaleństwa w sobie nie posiadał, a może nie potrafił go wtedy odkryć, choć liczył na złe geny po Maćku, miastowym dziwolągu przemierzającym okolicę na starym, skrzypiącym rowerze. Maćku z rozwianymi wiatrem siwymi włosami, szarymi, wodnistymi oczami i marsem na czole. Maciek był jego wujkiem, stryjkiem, czy kimś takim. Skoligaceni byli dzięki Buni i jej niemieckiej macosze, która była zła, a zła była dlatego, że była Niemką, jak mawiała zawsze Bunia, ale w tym przypadku Mrówka nie dawał wiary, bo jak można być złym tylko dlatego, że przyszło się komuś urodzić w danym kraju? Może to świat powoduje, że ludzie stają się źli? Nie wiedział tego wtedy, i nie wie teraz. Zło po prostu istnieje i czasem kogoś capnie za szmaty, i wtedy ludzie robią złe rzeczy.

Maciek urodził się zdrowy, polsko – niemiecka krew burzyła się w nim 20 lat, aż wreszcie wezbrała ogromną falą i zalała świat Maćka szaleństwem. Miejscowi do dziś powiadają, że to z nadmiaru nauki Maciek oszalał, że studiowanie budownictwa okrętów pomieszało mu w głowie, bo przecież wcześniej normalny był z niego chłopak. A później wielki świat go pochłonął i wypluł, o, takiego dziwaka mamroczącego do siebie pod nosem. Myśli jednak Mrówka, że Maciek zrobił wszystkich w bambuko i stworzył swój schizofreniczny świat, schował się w nim przed wojną i jej niedorzecznością, przed ludźmi wypełnionymi ohydą i brzydotą, przed złą matką i smutkiem życia w tamtych czasach. Ukrył się w sobie najgłębiej jak tylko potrafił, by to przetrwać, by przeżyć. 

Czasami Maciek wyściubiał nos z tego swojego środka bezpiecznego i pomagał Mrówce odśnieżać ścieżkę przez ogród, rower naprawiać, trawę grabić, węgiel do sztajerka wrzucić. W rodzinie nazywali go Głupim Maciunem, lub w skrócie po prostu Maciunem. Mrówka mówił do niego wujku, a on się wtedy uśmiechał i odwracał zdziwiony, że ktoś może tak do niego mówić i jakby niedowierzał w te słowa. Mówili jednak mało, i choć Mrówka spragniony był paplania jęzorem, dostroił się do fal, na których nadawał Maciek. Pracowali przeważnie w ciszy. Cisza stawała się przyjazna i ciepła, gdy wypełniali ją ukradkowymi spojrzeniami i uśmiechami, niby to do siebie, niby ot tak, gdzieś do własnych myśli. Mrówka lubił to maćkowe szaleństwo, a Maciek lubił chyba Mrówkę, bo ten był jedyną osobą w rodzinie, do której się dobrowolnie i sam z siebie odzywał, może wyczuwając w nim od dziecka zadatki na następcę tronu, na kolejnego rodzinnego wariata, godnego go zastąpić, gdy on już nie będzie miał siły świrować?

Cdn.


Inspired by Brooke