31.07.2014

Zakupy

Mrówka: Idę w zioła.
Ka: Tylko nie wypal wszystkich naraz.

24.07.2014

Nogi

Mrówka próbuje przeskoczyć stertę gruzu.
PimpuśSadełko: Dobrze, że masz takie długie nogi. Możesz je szerzej rozłożyć.

14.07.2014

Czas

Zazwyczaj bywa tak, że albo jest go zbyt dużo, albo zbyt mało. Nigdy w sam raz.

07.07.2014



Nie dotykaj mnie – powiedział po raz kolejny, gdy dłoń tym razem prześlizgnęła się po jego udzie i biodrze. Dobra. Wyluzuj – odpowiedział mu wkurzony glos. Wkurzony, a może wkurwiony, bo choć umówili się, że tym razem zero seksu, to Ka wyprysnął po chwili z łóżka z prędkością torpedy. 

W sypialni słychać było tylko jego przyspieszony oddech. Wiedział, że noc w tym mieszkaniu to zły pomysł, a jednak uległ namowom. Tęsknił za tym miejscem, ze jego zapachem i urokiem, choć było zupełnie nie w jego stylu. Kilka lat temu próbował polubić tę nowoczesność, ale zamiast tego z czasem zaczął namawiać Ka na kupowanie staroci, drobiazgów, które pasowałby do wnętrza i sprawiały, że mieszkanie przeistaczało się w namiastkę domu.

W kuchni paliła się mała lampka. Jej światło sączyło się do sypialni z korytarza i przez to nie mógł zasnąć. Po piętnastu minutach opuścił stopy na zimny parkiet i prychnął. Miał go za coś przeprosić? Tylko za co? Ka stał oparty o szafkę z kieliszkiem w dłoni. Na blacie stała butelka wina, częściowo opróżniona. Mrówka oparł się o framugę i zapytał – Co robisz? Chodź do łóżka. Ale Ka się nawet nie poruszył. Wyjął więc kieliszek spomiędzy zaciśniętych palców i wychylił do dna, poczym oblizał wargi i dobrał się do butelki. Porządny łyk trochę go rozluźnił, ale wciąż nie był gotowy na to, co zrobił. I choć wszystko potoczyło się szybko, wręcz za szybko, to do końca był przekonany, że nie powinien na to sobie pozwolić. Znów namiesza sobie w głowie, niczym Panoramiks w swoim kociołku, tylko, że to nie doda mu sił, a pierdalnie z impetem i rozpierdoli jego rzeczywistość, którą od miesięcy starał się sobie poukładać wedle własnych zasad.

Po powrocie do łóżka nie zdążył się jeszcze odwrócić tyłem, a już oplotła go ręka, już ciało do niego przylgnęło, a na karku czuł ciepły oddech. Chciał się uśmiechnąć, ale za bardzo się bał.

05.07.2014



Spotkali się na neutralnym gruncie. Spotkali się, choć wcale nie miał na to ochoty. A może miał ogromną ochotę. Sam nie wiedział. Dręczyły go wątpliwości. Bał się, a równocześnie jego ciało drżało w oczekiwaniu. Nie, nie ciało. Ciało było jedynie przekaźnikiem, nośnikiem kipiących w nim emocji. 

Założył stare, sprane spodnie i zbyt obszerną już koszulkę, wiatr szarpał nią na nim, jak sztandarem na wietrze. Włosy spiął wysoko w kucyk, czego później żałował, bo w odsłoniętej twarzy tak łatwo jest czytać. 

Był zdenerwowany, jak przed pierwszą randką, czy też pierwszą telefoniczną rozmową z Mimi, podczas której, gdyby nie śpiewny głos Mimi i jego rozluźniający chichot, zapewne dostałby szczękościsku i bełkotał niezrozumiale przez zęby. I tak nie wykazał się elokwencją czy urokiem, ale nic nie poradzi na to, że rozmowy telefoniczne są dla niego drogą przez mękę, bo nie potrafi w nich się odnaleźć, czuje się skrępowany nie widząc reakcji drugiego człowieka.

- Boże, same kości. Musisz coś zjeść. – powiedział, gdy tylko Mrówka usiadł przy stoliku.
- Nie jestem głodny.
- A co dziś jadłeś?            
- Koktajl z melona.
- To się pije.
- Niezbyt dokładnie zmiksowałem melona, więc musiałem gryźć farfocle, to jak jedzenie.

Podczas spotkania nie pozwala sobie na odprężenie za pomocą alkoholu. Pije zieloną herbatę, bo wie, że nie mógłby na sobie polegać, gdyby zaczął bawić się z procentami. Sam jego widok po setce wódki pewnie wywołałby samoistne rozłożenie nóg, a z kącików ust ciekłaby ślina. Po co się narażać na taki wstyd?

Za to po powrocie do domu od razu pobiegł do lodówki i wyłowił z niej zimne piwo. Później napisał do Mimi, ale ten nie mógł rozmawiać. Połowę puszki opróżnił w drodze do swojej komnaty, a nie mieszkają w apartamencie o ogromnej powierzchni.  Przez chwilę myślał o czekających ich remoncie, ale szybko tę myśl od siebie odsunął. Zapalił papierosa i wypił przy nim resztę piwa słuchając listy przebojów Trójki. Gdy z głośników poleciał kawałek Perfektu wzdrygnął się z niesmakiem i pobiegł po kolejną puszkę, którą szybko opróżnił wymieniając z Mimi esemesy. 

Następna puszka przyniosła ponury nastrój. W tej chwili nie chciał niczego więcej, niż wrócić do początku. Do ich wspólnego początku , by pokierować nim tak, by równocześnie stał się końcem. Zniewoleniem i wyzwoleniem. Chciałby, żeby nigdy nie pozwolili sobie na nic więcej, niż genialny seks, by na tym opierało się wszystko, co ich kiedyś połączyło. Kolejne szybkie łyki i myśl chora, by zadzwonić, napisać, zaprosić. Niech będzie jaki by nie był. Papieros studzi myśli. Lewa dłoń nieporadnie wpisuje adres strony na odstresowanie. I zaskoczenie, jakie go tu spotyka. Pierwszy raz od bardzo dawna, ktoś chce rozmawiać o czymś innym, niż seksualne preferencje. Szkoda, że liczył jednak na coś innego, na to, co zwykle, co pozwoliłoby mu odpłynąć, zredukować się do roli, która by przyjął, by móc zapomnieć o sobie i życiu.

01.07.2014

Przyjaźń bez granic



Mimi: Wiesz, jak nazywają się kociarze lubiący alkohol? Moczymordki :P

Mrówka: Bardzo ładnie :) Sam to wymyśliłeś? Zabrakło mi języka w gębie żeby ciętą ripostą odpowiedzieć :P

Mimi: Beh. Kociarze nie są z natury wyszczekani. Trudno żeby byli :)

Mysli w dymnych oparach

Zrobił sobie przerwę w pracy i dokładnie w tym momencie o parapet uderzyły ciężkie krople deszczu. Świat za oknem jest równie przygnębiony, jak on, pomyślał i zapatrzył się w ciemną zieleń drzew.

Któregoś dnia, tuż po odłączeniu kroplówki, zsunął się z łóżka i tak, by nikt go nie zauważył, wymknął się z oddziału. Raz gubiąc drogę wydostał się z budynku, przed którym oślepiło go słońce. Zakręciło mu się w głowie, ale mocno ściskając w dłoni paczkę fajek, parł przed siebie.

Przycupnął w cieniu drzewa, opierając się o szorstką, omszałą korę. Palce mu drżały, gdy wysunął z pudełka pierwszego papierosa, a odpalając go nad jego głową musiała pojawić się chmurka z transkrypcją myśli - TEGO MI BYŁO TRZEBA. Uśmiechnął się lekko i wypuścił spomiędzy warg kłęby dymu.

Palił zachłannie, ale myślał leniwie. Leniwie też przyglądał się światu, za którym wcale nie tęsknił. Stracił rachubę dni, a wraz z nią chęć do czegokolwiek. Początkowo wystraszył się myśli, że kończy mu się czas, że nie zdąży przeczytać wszystkich książek, które ma na swojej liście, że może nie poznać tajemnicy Szafowa; a później przyszła ulga.

Jedyne czego się boi, co prawdziwie go przeraża, to fakt, że może zostawić Zezowate Szczęście. Na myśl o nim w schronisku do oczu napływają łzy. Siedząc pod drzewem, które w danej chwili było jedynym oparciem, w głowie wertował listę znajomych, którym mógłby powierzyć to, co kocha najbardziej na świecie, ale nikogo takiego nie znalazł. Nie ma nikogo bliskiego, kogo mógłby poprosić o przejęcie odpowiedzialności i próbę pokochania Szczęścia.

Zamknął oczy i myślał o bajce, którą czytał mu brat, gdy był małym chłopcem. Bajka ta była o Nieumiałku i bawiła ich do łez. Po kolejnym papierosie zaczął opowiadać bratu, jak bardzo za nim tęskni. Za nim i resztą rodziny, za ogrodem babci i krzaczkami maków, które o tej porze roku zwieszały ku ziemi łodyżki ciężkie od nabrzmiałych pąków. Zastanawiał się czy brat by go zaakceptował takiego jakim się stał, z wszystkimi wadami, których nie potrafi się pozbyć, z listą jednorazowych kochanków dłuższą niż rolka papieru toaletowego, ze zmarnowanym życiem, pozbawionego planów, bez marzeń innych niż butelka zmrożonej wódki i stos książek przy łóżku. Sam siebie nie lubi, czasami wręcz sobą gardzi, więc nie zdziwiłoby go, gdyby brat też nie chciał go znać.

Podniósł się i ruszył w drogę powrotną do miejsca, w którym co jakiś czas dotykają go ciepłe dłonie. Dotykają i zadają ból, do którego zdążył się już przyzwyczaić. Przynajmniej nikt go tu nie oszukuje, że nie będzie bolało.