28.07.2013

parter



Bursztynowy napój wlewa dziś w siebie, jak wczoraj białe wino, którego jeszcze trochę zostało, tak na wszelki wypadek, gdyby noc okazała się zbyt długa, zbyt trudna, by ją przyjąć na trzeźwo. 

Próbował jakiś czas być trzeźwy, ale takiego życia nie ma się ochoty przyjmować na trzeźwo. Takie życie ma się ochotę zamroczyć czymkolwiek i nie ważne, czy ma to wypalić, połknąć czy wciągnąć. Ważne żeby czuć nie czując. 

Pijąc wprost z brązowej butelki, bąbelki gromadziły się gęstą warstwą w jego krtani, co wywoływało bekanie, którego tak nie lubi, a może wstydzi się go nawet we własnym towarzystwie, bo pomimo tego, iż jest naturalne, to jednak zdaje mu się być prymitywne i do niego nie pasujące, choć myśli ma prymitywne i od jakiegoś czasu prymitywnie leży nic nie robiąc. Kiedyś Jarek nauczył go wybekać cały alfabet, a nawet poszczególne słowa. Leżeli na łące i zaśmiewali się do łez z tego bekania, ale było to tak dawno temu, że już nie zdaje sobie sprawy z tego, że sprawiało mu to radość i że naturalne reakcje ciała można było przyjmować bez zawstydzenia. Pamięta jednak jak zasnęli wtuleni w siebie na polnej drodze i omalże nie przejechał ich traktor i rolnik z kabiny krzyczał na nich przepitym głosem wyzywając od najgorszych. Pewnie się z tego nie wyspowiadał. Grzech ciążył na nim będzie do końca życia i nawet przed piotrową bramą, o ile ta istnieje, a on w nią przecież nie wierzy, więc rolnik może być spokojny.

Ostatni tydzień spuchł mu do rozmiarów miesiąca, a dni jedynie odmierzał fragmentami opowiadań, w których czasami się pojawia zupełnie niespodziewanie i wciąż nie rozumie dlaczego ktoś chce o nim pisać. Do szklanki po piwie właśnie wlał wino i pomyślał, że będzie musiał zaturlać się jeszcze do nocnego po coś, co pozwoli mu dotrwać do rana. Pomyślał też o wściekle pomarańczowym krześle, na którym siedział któregoś dnia dwie godziny, bo kolejka nieszczęśników była ogromna. Patrząc na nich myślał, że jeszcze z nim nie jest tak źle, że może tu przychodzić sam i jest w stanie wrócić do mieszkania samodzielnie, że nikogo nie potrzebuje, prócz psychiatry, która bez znieczulenia miejscowego uderza słowami o górnej półce leków mających sprowadzić go do parteru. W tym samym czasie, gdy on wtopiony w pomarańcz i zapatrzony w chłopca w dresowej bluzie i kuszących łydkach przeradzających się w uda ledwie osłonięte krótkimi spodenkami, jego siostra leżała w szpitalu, a z jej wnętrza wydobywano nowe życie, które trafiło do plastikowej klatki i podłączone zostało do wszelkich mechanizmów mogących utrzymać je przy tym życiu. Żyje, to się dla niego liczy, choć pewnie go nigdy nie zobaczy, bo rodzinne ścieżki zarósł już mech i słowa takie jak odpierdol się, spierdalaj, odjeb się od nas. Dowiedział się przez przypadek, kupując paczkę fajek u Andiego. Usłyszał gratulacje i dopiero po tłustych wytłumaczeniach kioskarza skojarzył o co chodzi. Znów dolał sobie wina, chyba nie musi tłumaczyć dlaczego. Wyobraża sobie to dziecko i to kim mogliby dla siebie być, gdyby nie rodzinne waśnie, których początków już nie pamięta. Niebawem miną dwa lata odkąd nie widział nikogo z bliskich, nie licząc potajemnych spotkań z Księżycową, Szwagrem i przelotnego spojrzenia na Siostrę mijaną w drzwiach, a później w szpitalu spotkanie i słowa o nienawiści. 

Jakiś czas temu, po powrocie z lasu poszedł do kina. Na kinie miało się skończyć, lub na kawie wypitej w bezpiecznych warunkach kawiarni, gdzie trzeba pragnienia trzymać na postronkach i na nic prócz słów nie można sobie pozwolić. Czas mijał i słowa płynęły, jak strumień górski nie posiadający zahamowań. Wszystkie te wyrazy bez wyrazu i opowieści o szczudłach i ćwiczeniach języka, by był bardziej giętki niż zazwyczaj bywa, gdy w zupełnie innych warunkach sprawdzana jest jego zwinność. Gdy dotarł do domu był z siebie dumny, że oparł się pokusie rozpalającej zmysły. Lecz dzień się nie skończył, był jeszcze spacer, który doprowadził go tam, gdzie pragnął być, lecz bez większego zaangażowania. Zaangażowanie jednak z jego strony jest wciąż zbyt silne, by mógł ot tak oddać się jak w namiocie czy w pokoju akademika. 

Rozproszył go Jasiek, który wpadł na chwile z zachwianą świadomością. Mówił coś o chomiku i lepszych rozwiązaniach. Ale dla niego lepsze rozwiązania nie istnieją. Są jak coś nieosiągalnego, o czym się marzy, ale nigdy nie dostaje. Tak więc olał Jaśka i skupił się na spotkaniu, które odcisnęło się na nim jak tymczasowy [ma nadzieję] tatuaż.

25.07.2013

na sen

nowe tabletki na sen i zaburzenia psychotyczne to cud współczesnej medycyny. zasypiasz już po 4 godzinach od zażycia i budzisz się po 3 godzinach od zaśnięcia. w bonusie dostajesz nadmierną ruchliwość kończyn totalnie niezależną od twojej woli i nie jesteś w stanie uleżeć w spokoju. oddech staje się ciężki. wiercisz się jak pędrak. a później masz koszmary. jednak dzięki nowym tabletkom masz to w dupie. czujesz takie otępienie i obojętność, że nie jesteś w stanie zebrać do kupy jednej myśli, ale to też masz w dupie. jest super. dobranoc.

21.07.2013

Bakcyl szaleństwa, czyli historie rodzinne 2



Mrówka złapał może bakcyla maćkowego szaleństwa, ale ten miast ładnie się rozwijać, ewoluował i mutował w zaciszu; raz się kurczył, raz rozrastał, raz wyłaził, raz się chował. Taki to był bakcyl nieśmiały, niemrawy i Mrówka nawet myślał, że to nie on jest chory, a jego bakcyl, który nie rozwinął się należycie w swoim czasie, z racji czego uznano Mrówkę za względnie normalnego i wysłano do przedszkola.

Początkowo przedszkole bardzo się Mrówce nie podobało. Już pierwszego dnia po pierwszym posiłku zwymiotował przedszkolance pod stopy. Chyba nie zrobił tym na nikim dobrego wrażenia, bo pani postawiła go w kącie i choć dokładnie nie wiedział za co, to zdawał sobie sprawę z tego, że coś zrobił źle. Postanowił, że będzie grzeczny, a żeby być grzecznym należy być cicho, tak jakby cię nie było. Był więc najcichszym dzieckiem w grupie, tańczył gdy kazano, śpiewał gdy kazano, a gdy dawano wolną rękę do zabawy rysował lub siadał na brzydkim brązowym dywanie i wymyślał w głowie historie o strychach, na których można się schować, o skrzyniach wypełnionych lśniącymi sukniami i błyskotkami i tym podobne niedorzeczności, które odgradzały go od rozwrzeszczanych dzieci. Ale dzieci za nim nie przepadały, bo głąb, który siedzi sam i nie chce się bawić, wydawał im się podejrzany. Za każdym razem, gdy ktoś coś zbroił, winę zrzucano na Mrówkę. Tak poznał smak drewnianego wieszaka, którym w przedszkolu próbowano zaprowadzić dyscyplinę. Nie narzekał i nikomu się nie skarżył, znał smak skórzanego rzemienia do ostrzenia brzytwy, więc drewno stanowiło jedynie nowy rodzaj faktury, a może również ból inaczej rozchodził się po ciele. W późniejszych czasach miał poznać wszelkie rodzaje tego odczucia, ale wtedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, że można je zamienić w przyjemność.

Nie lubił porannego budzenia. Tomek wstajemy, było codzienną mantrą, której nienawidził, choć bardziej nienawidził, gdy mama wciskała go w zbyt duże rajtuzy po starszym bracie, które zawsze zjeżdżały mu z chudego tyłka, a pod spodniami na łydkach i wokół kostek tworzyły się obwarzanki, i wszystko to uwierało, ciągnęło i przeszkadzało w sprawnym poruszaniu się. Może dlatego jako dziecko był fajtłapą, za duże rajtki krępowały jego ruchy i ciągle się przewracał i tak się do tego przewracania przyzwyczaił, że w późniejszym okresie nawet bez znienawidzonych gejtrów wycinał orły, fikał koziołki i wiecznie się potykał.

Któregoś dnia wrócił z przedszkola bez marudzenia, a rano nawet nie wrzeszczał, gdy mama szczypała go po nogach podciągając rajtuzy. Z uśmiechem na piegowatym pyszczku dreptał po nieodśnieżonych jeszcze chodnikach i nawet nie uczepił się maminej nogi przy wychodzeniu z szatni. Wręcz przeciwnie, pognał na schody i bez oglądania się za siebie wpadł do sali rozglądając się za nowym kolegą. Później wyznał mamie, że kocha Marcinka, bo on ma takie długie, śliczne rzęsy. Mama śmiała się wtedy, bo jeszcze nie wiedziała, że Marcinków będzie więcej, że to na ich widok będzie się ślinił, że z Marcinkami właśnie będzie sypiał, w nich zakochiwał.

Platoniczna miłość trwała przez całe Maluchy, Krasnale, aż po Starszaki, a nawet jeszcze w podstawówce na Marcinku zawieszał swój wzrok, wlepiał w niego wielkie gały, choć wtedy już zaczął zauważać innych chłopców, najczęściej tych, którzy najbardziej rozrabiali, którzy byli szkolnymi łobuzami, pluli na schody, bekali po oranżadzie i wrzucali dziewczynom żaby za bluzki. Zawsze pociągali go dranie i to im chciał pomagać. Podpowiadał im na sprawdzianach, dawał odpisywać prace domowe, a jednemu zawsze cicho czytał wszystko z tablicy, bo ten miał słaby wzrok, ale był twardzielem, więc się do tego nie przyznawał. Niedawno się powiesił we własnym pokoju, a Mrówka wciąż się zastanawia czy była to słabość czy siła.

Może dlatego pierwszym jego chłopcem był ten, którego najbardziej się bał, który wcześniej rzucał w niego mocno zbitymi śnieżkami, za którymi jak ogony latawców ciągnęły się siarczyste przekleństwa. Był przerażony, ale chciał tego łobuza oswoić, ugłaskać, nauczyć ładnych słów i posługiwania się nożem i widelcem. Chciał do niego należeć mimo tego, że jego dłonie były szorstkie, a dźwięk klamry przy skórzanej kurtce wywoływał w nim strach.

Za skorupą wulgaryzmów odkrył Stalowe tęczówki, które śledziły jego ruchy, gdy chodził po pokoju o gładkich ścianach. Dom podzielony na części, a w każdej z nich fragment rozpadającej się rodziny. Nikt nie próbował tego posklejać, każdy żył swoim życiem, a życie Stali było smutne, bo zdawał sobie sprawę z tego, że go nie chcieli, że mieli go usunąć na długo przed narodzinami. Może dlatego strzelał z wiatrówki do małych kociaków, napawał się śmiercią i z satysfakcją mu opowiadał o polowaniach na niewinność, którą w sobie tym samym zabijał. Zabiłem ciężarną kotkę, powiedział kiedyś, a Mrówka próbował zrozumieć to nieszczęście Stalowych tęczówek. Chciał przytulić, ale Stal zajrzał w jego wilgotne niebieskie bajorka i wtedy usłyszał, Ty też się kiedyś zabijesz. Powiesisz się, bo nie dasz rady. Na takie słowa nie potrafił zareagować. Uśmiechnął się tylko. Zobaczymy. Może nie będę musiał się wieszać, może zastrzelisz mnie któregoś dnia jak kota. 

Tygodnie mijały na słuchaniu muzyki z czarnych analogowych płyt. Leżeli przeważnie na podłodze w gładkim pokoju i paląc diabelskie ziele zamieniali się w dźwięki. Wtedy poznał muzykę wszelkiego kalibru, od miękkiego bluesa, przez punk po ciężki metal. Nauczył się poruszać wśród tych dźwięków, oddawać siebie  i dopasowywać do sytuacji. Ciało miało własną ekspresję i kocimi ruchami emanowało nawet wśród wrzasków Kostrzewskiego. Z czasem stal tęczówek coraz rzadziej była widoczna, zasłonięta rozszerzonymi źrenicami przypominała dołki wypełnione błotem, a błoto to wciągało, pochłaniało go każdego popołudnia i wypluwało, gady nadchodziła noc, by mógł wrócić do własnego łóżka i rozpadającej się rodziny. Codziennie jednak wracał do pokoju wypełnionego trzeszczącą melodią, do szybkiego, nieprzyjemnego seksu i słodkiego zapachu dymu, bo Stal mu mówił, że go kocha, a on wierzył, bo niby dlaczego miałby nie wierzyć; był tylko chłopcem, który potrzebował azylu, tych gładkich ścian i szorstkich dłoni.

Któregoś dnia Stal dostał wezwanie do wojska, a świat rozpadł się w mgnieniu oka. Pamięta jak osunął się po ścianie, gdy zamknął za sobą drzwi. Zwinął się w kulkę, jak jeż w poczuciu zagrożenia i płakał, aż zasnął ze zmęczenia. Nie wiedział jeszcze, że będą sprawy ważniejsze, że będzie bardziej bolało. Wtedy myślał, że jego świat się skończył, że zabrano mu wszystko, ale przecież w tamtej chwili miał jeszcze rodzinę, a to, co złe, miało się dopiero rozpocząć. 

 Inspired by Brooke

16.07.2013

Teraźniejszość



Deszcz przemaka przez jarkową kurtkę. Strugi wody płyną z nisko wiszących ciemnych chmur. Wdycha jarkowy zapach zachowany w materiale i zastanawia się dlaczego życie tak bardzo odbiega od pragnień. Jarkowym zapachem się otula nie kurtką, zapachem, który oszałamia, przypomina i boli.

Stoi pod parasolem reklamującym jakiś browar i z plastikowym kubkiem w dłoni gapi się na facetów. Gapi się na nich jak cielak na krzaki, a może raczej jak na towar w sklepie. Wodzi oczami od stóp do głów, od jednego do drugiego. Szuka w tłumie kogoś, kogo zahaczy tymi oczami, do kogo te oczy przyklei i pociągnie nimi ku sobie. Po jakimś czasie ktoś podchodzi. Tańczą w deszczu i rozlewają piwo wokół siebie. Później w  namiocie oddaje ciało w posiadanie, z jego włosów na nagi tors obcego chłopaka kapie woda, myśli powoli ustępują i są tylko zmysły, ból, który przynosi ulgę. Leżą obok siebie spoceni, mokre ciuchy rzucone w kąt namiotu wydzielają przyjemny w tej chwili dla niego zapach. Blant podawany z ręki do ręki, dym przekazywany z ust do ust zostawia słodkawy w nich smak. Przez chwilę widzi obok siebie kogoś innego, całuje go, ale gdy otwiera oczy przed nim jest tylko obca twarz. Robi mu się niedobrze. Na myśl o tym co robi chce mu się rzygać. Zakłada mokre ubranie i bez słowa wychodzi w wilgotną noc. Krąży po polu namiotowym, aż wreszcie odnajduje wyjście i wraca pod scenę, próbuje wytańczyć złość i pogardę, którą wobec siebie odczuwa, ale nic nie jest w stanie zmienić toku rozpędzonych myśli. 

Dzwoni Pici. Ma przyjść do Grodzkiej na piwo. Wysupłuje się więc z niewielkiego tłumku pod sceną i brnie przez piach do schodów na Wzgórzu Tumskim. Tyle razy tu siedział. Tyle tu przeżył, tyle mówił. Ma ochotę się rozbeczeć, a deszcz zaczyna padać intensywniej. Po twarzy cieknie mu woda,  mokre spodnie lepią się do nóg, a w trampkach chlupie. Ze złości skacze z kałuży w kałużę, rozchlapuje wodę na wszystkie strony i wrzeszczy Ja pierdolę!

- Tak, pogoda nie dopisała. – słyszy gdzieś z boku.

Ogląda się i widzi postać w czarnym kapturze na głowie. Zaczynają rozmawiać. Z łatwością przychodzi im narzekanie na wszystko. Chłopiec opowiada skąd się tu wziął, o swoim smutku i potrzebie podróżowania z miejsca na miejsce, bez dłuższych przystanków, bez poznawania kogokolwiek na dłużej. Razem biegną przed siebie.

- Tu musze skręcić. Idę się przebrać do akademika i wracam na koncert Maxa Romeo. Będziesz?

- Będę w Grodzkiej. – odpowiada – Wpadnij, jak będziesz wracał.

Chwilę jeszcze stoi w deszczu i patrzy na odchodzącego chłopaka, a samotność rozlewa się w nim falą, której nie może powstrzymać. Ma ochotę krzyknąć, żeby młody zaczekał, ale tego nie robi, skręca w prawo i po kilku minutach pije kolejne piwo w obskurnym barze. Rozmawia z dwoma chłopakami z Poznania, próbuje jednemu z nich wytłumaczyć sens swojej pracy, ale do tamtego nic nie dociera, nie rozumie, że można chcieć pomagać ludziom za kiepskie pieniądze bez możliwości awansu. 

Buch buch, kawa smakująca błotem i kolejne piwa, jedno za drugim. Systematyczne ogłuszanie samego siebie. Przeciska się między ludźmi do łazienki. Jakaś dziewczyna obejmuje go i próbuje z nim tańczyć. Ucieka przed knajpę. Z kieszeni wyjmuje wilgotne papierosy i wypala dwa nasiąkając deszczem. Myśli, że może ten deszcz zmyje z niego wszystko, ale on niczego nie zmywa, sprawia, że czuje się jeszcze gorzej i jedyne czego pragnie, to żeby ktoś go zabrał do domu, tylko że nie ma już żadnego domu, jest bezpański. 

- Tak myślałem, że to ty. – słyszy i spogląda na powoli zbliżającego się chłopca. Tym razem kaptur jest czerwony, dzięki czemu twarz wydaje się mniej blada. – To co, piwko?

- Chodź. – mówi i wciąga go za sobą na schody.

Przeciskają się do baru. Zamawiają dwa Lechy i idą do stolika, przy którym siedzą jego znajomi. Nikt nie zwraca na nich uwagi, a może to oni nie zwracają uwagi na innych. Przyglądają się sobie w milczeniu i to milczenie jest dobre, nie krępuje ich, a raczej rozluźnia, sprawia, że coś ich łączy, jakby posiadali wspólną tajemnicę. Ich nogi spotykają się pod stołem. Żaden nawet nie drgnie. Tylko na siebie patrzą i piją w ciszy, o ile ciszą można nazwać to ich razem milczenie, bo wokół przecież muzyka próbuje tę ciszę zmącić, zagłuszyć, jakby cisza była wstydliwa i potrzebowała parawanu, kotary, za którą mogłaby się schować.

Wszyscy chcą iść na dalszy koncert, ale on nie chce. W głowie ma już plan jak pokonać smutek, jak nie być samotnym. Ból jest wiernym towarzyszem, nigdy nie zostawia w potrzebie.

Przeszłość



Wsiadają do samochodu. Otwarty dach i wiatr rozwiewający długie włosy. Jadą znajomą trasą, którą przemierzali setki razy. Tu kiedyś mieszkał. Codziennie chodził tymi ulicami. Patrzy na wieże kościoła, za którym prawie 15 lat temu pierwszy raz kochał się z Jarkiem. Jeszcze nie wie, że za 30 minut wjadą na podjazd jego nowego domu, że zobaczy jego żonę, w łonie której rozwija się kolejne dziecko. Nie wie, że stanie przed nim i coś w nim drgnie, gdy zobaczy tę twarz, tak dobrze znaną, tyle razy trzymaną w dłoniach, że tak bardzo zaboli przeszłość, która powróci wraz z obrazem wiszącym na ścianie. 

- Oprawiłem go jakiś czas temu. Dzięki niemu pamiętam. – mówi, gdy stoi w pokoju o ciemnych ścianach.

- Jest koszmarny. Resztę spaliłem, bo nie chcę pamiętać. – odpowiada i wychodzi do toalety, w której próbuje dojść do siebie, choć wszystko do niego wróciło i trzęsie od środka. 

Nie chce pamiętać, że kiedyś miał kogoś, kto go znał na wylot, kto przeżył z nim sytuacje, o których z nikim nigdy nie był w stanie rozmawiać, kto zna jego przeszłość ze wszystkimi szczegółami, które usilnie wymazuje z pamięci. 

Wchodzi do pokoju i dostaje butelkę piwa. Bursztynowy napój wlewa w siebie jak wodę, a później siada na stole z gitarą i zaczyna grać zupełnie nieświadomy dźwięków, które wypływają spod drżących palców.

Little piece of something
Falling gently down down down
No one understands you like I do
I'd rather be beside you
Everything we know so well
Tell me what you feel now
Show me what you think of it

Jarek śpiewa głosem, którego on już nie pamiętał. I glos ten w nim budzi jeszcze więcej, jeszcze intensywniej i bardziej boleśnie. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo głos może zaboleć. On też śpiewa, bo nie może mówić, dotknąć i udawać, że nic się nie zmieniło. Nie są już tymi samymi ludźmi. Nie ma już tego, co ich łączyło, choć czuje, że chciałby do niego przylgnąć, nie po to, by się pieprzyć, ale żeby poczuć ciało człowieka, którego kochał, który go znał, z którym przeżył to, czego nigdy już nie zazna.

Jego żona uśmiech się i namawia na kolejne piwo. Jest miła i nieświadoma tego, co ich kiedyś łączyło, tego kim jest jej mąż, który obiecał jej miłość i wierność w zdrowiu i chorobie, na dobre i złe, ale gdyby znała złe nie uśmiechałaby się tak radośnie, nie byłaby taka spokojna i nie klepała by go po ramieniu wysyłając ich razem do sklepu po kolejne butelki, które znieczulą.

- Jesteś z kimś? – pyta.

- Tak. Od kilku lat. 

- Z kim?

- Z Karolem. – kłamie bez zastanowienia – To tan, którego poznałeś w ubiegłym roku w Płocku. Jesteśmy już razem kilka lat.

- To dobrze. Zawsze potrzebowałeś kogoś, kto trzymałby cię na ziemi.

- Skąd pomysł na drugie dziecko? – zmienia niewygodny temat.

- Iwona chciała. Mamy problemy z małym, myśli, że drugie dziecko pomoże, że nauczy go kontaktu z innymi dzieciakami. Zresztą, zawsze mówiła, że nie chce jedynaka.

- Nie myślałem, że tak potoczy się Twoje życie.

- Ja tez nie.

- Jak się żyje w kłamstwie? – pyta zgryźliwie.

- Kocham ją chyba.

- Jesteś pedałem, Jarek! Oszukujesz ją każdego dnia. Ja pierdolę, tak się nie powinno robić. To kurestwo z jakim się nigdy nie spotkałem, wyrachowane jebane kurestwo. – mówi nie patrząc na niego.

- Niczego nie rozumiesz. Tobie zawsze było łatwo, wszystko miałeś w dupie. Ja mam pracę, w której nie mogę być pedałem, muszę być normalny.

- Normalny? Pierdol się z taką normalnością! – mówi cicho i zawraca. 

Chce uciec jak najdalej, ale musi wrócić do ich mieszkania, do obrazu, który przypomina i dziecka, które uświadamia jak daleko można posunąć się w obłudzie. Zastanawia się co się stało, co spowodowało, że któregoś dnia przestał z nim być i dlaczego pamięć nie chce działać, dlaczego nawet na terapii nie był w stanie sobie tego przypomnieć. Co sobie zrobili, że tak skutecznie to wyparł.

Serce wali mu jak szalone. Siada na kanapie i zaczyna rozmowę o koncercie sprzed kilku lat, o tym, że w tym roku też się wybiera i zaraz po powrocie do siebie musi kupić bilet. Że dzień pierwszego koncertu pamięta idealnie, że był pijany szczęściem, a później leżał w holu u Kataszy i nie wierzył w bańki mydlane, w słowa płynące ze sceny, w to, że zagrali tyle kawałków z Meds, choć promowali ostatnią płytę. Słowa płyną z niego wartkim strumieniem, a gdy wychodzą Jarek daje mu kurtkę przeciwdeszczową, mówiąc, że się przyda, że będzie padało i żeby na siebie uważał, i że teraz będzie pretekst żeby wpadli jak będą wracali.